Obudziłam się o szóstej i
już nie potrafiłam zasnąć. Alex dalej spał. Poszłam więc do kuchni,
gdyż zachciało mi się jeść. Gdy do niej weszłam zobaczyłam mojego tatę
jadzącego płatki.
- Czemu nie śpisz?
- Nie umiałam zasnąć. A poza tym zgłodniałam trochę.
- Może chcesz kulki czekoladowe z mlekiem? - spytał.
- Poproszę.
Usiadłam obok niego, a
on wyciągnął z szafki drugą miskę oraz łyżkę. Nalał mi do niej mleka i
nasypał płatków. Oboje jedliśmy je w ciszy, aż w końcu postanowił to
zmienić.
- Przepraszam.
- Jednym słowem nie naprawisz ot tak wszystkiego. Nie zmienisz przeszłości.
- Naprawdę Liz, ja nie mogłem inaczej postąpić. Musiałem.
- Nie musiałeś. Chciałeś, a to jest znaczna różnica, tato - szepnęłam.
Mrugaj Elizabeth, bo zaczniesz przy nim płakać, a tego nie chcesz.
- Naprawdę nie miałem wyjścia.
- Tak tłumaczą się
dorośli, żeby wytłumaczyć dziecku niedoskonałości tego świata oraz ich
własne błędy. Wiesz o czym marzyłam, gdy moje koleżanki mówiły mi, że
ich tata gdzieś je zabrał albo, że ich tata nauczył ich jeździć na
rowerze. Marzyłam, żeby im powiedzieć, ze mój tata też mnie czegoś
nauczył, że też z nim gdzieś byłam. Ale nie mogłam, bo on nie istniał w
moim życiu. On postanowił, ze nie będzie się bawił w tą całą rodzinę i
tak po postu mnie porzucił.
Już miałam wyjść, uciec jak najdalej się da od tego, gdy ojciec złapał mnie za rękę.
- Postaram się naprawić nasze relacje.
- Nie da się naprawić czegoś, co nie istnieje - i wyszłam.
Skierowałam się do sali
muzycznej, ponieważ musiałam się na czymś wyżyć, dać upust moim emocjom.
A raczej przelać gdzieś ten smutek. Podeszłam do fortepianu i zaczęłam
grać piosnkę Hans Zimme "Time".
*******
- Cześć Liz.
- Hej.
- Dawno nie grałaś - stwierdziła.
- Od przyjazdu tutaj, to będzie już drugi raz kiedy gram.
- To dobrze, że zaczęłaś znowu to robić.
- Wcale nie, Ali. Nie powinnam.
- Dlaczego Liz? Bo on nie żyje?
- Po prostu nie powinnam.
- Liz, to, że on nie żyje nie oznacza, że masz się karać w ten sposób.
- Wcale się nie karam.
- Właśnie to robisz. Ale, nie ważne. Bo widzę, że ta rozmowa do niczego nas nie zaprowadzi. Lepiej powiedz, co z twoim ojcem.
- Nie wiem, Ali. Tak
nagle się pojawił, po tylu latach. On mnie porzucił. I nagle od tak
oczekuje, że mu wybaczę, że zapomnę. Nienawidzę go - szepnęłam.
- Znam cię, Liz -
spojrzała mi w oczy - Może i wcześniej tak było, ale teraz tak nie
jest. Ty wcale go nienawidzisz. Chciałabyś ale nie potrafisz.
- Ale ja powinnam być na niego zła. Powinnam go nienawidzić. Czy to źle?
- Nie, to wcale nie jest złe.
Po moim policzku popłynęła łza, ale szybko ją starłam.
- Możesz płakać, Liz.
- Nie - powiedziałam.
- Liz, to wcale nie oznacza, że jesteś słaba. To właśnie pokazuje, że wystarczająco długo byłaś silna.
- Nie lubię płakać.
- Wiem, ale po tym od razu zrobi ci się lepiej.
- Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć - a po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.
Gdy wypłakiwałam się,
przez te dziesięć minut, Ali tuliła mnie przez ten cały czas i ciągle
powtarzała, że wszystko będzie dobrze.
- Już ci lepiej? - spytała, gdy przestałam płakać.
- Znacznie. Dziękuję. Jak ja za tobą strasznie tęskniłam.
- Ja też, Liz.
- Skoro porozmawiałyśmy o mnie. Teraz kolej na ciebie. Co się dzieje między tobą a Ashem?
- Ale, o co ci chodzi?
- Nie udawaj głupiej, Ali. Oboje jesteście szczęśliwi. Po za tym na obiedzie trzymaliście się za ręce. No więc?
- Wszystko zaczęło się
od tego pocałunku na imprezie. Po niej zaprosił mnie na randkę. Później
były kolejne. A ostatnio wieczorem zabrał mnie do wesołego miasteczka.
Byliśmy tam tylko my. Mowie ci, Liz jeszcze żaden chłopak nie zrobił dla
mnie czegoś tak romantycznego jak on. I tam właśnie mnie spytał, czy
zostanę jego dziewczyną. Potem mnie pocałował. Ohhh, a jak on całuje. I
oficjalnie jesteśmy ze sobą już tydzień. No prawie oficjalnie, bo jak na
razie wiesz tylko ty.
- Jak to, nie powiedzieliście jeszcze o tym nikomu?
- Na razie, nie
chcieliśmy nikomu o tym mówić. Ale zamierzamy im to powiedzieć już
niedługo. Tylko proszę cię, nie mów o tym nikomu dobrze?
- Dobrze, nikomu nie powiem, obiecuję. Ktoś tu się chyba nam zakochał.
Na co Alison uśmiechnęła się, potwierdzając moje słowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz